Masz pytanie? Napisz! stowarzyszenie@zsem.edu.pl

Morskie opowieści …rejs życia

O konkursie dla młodych, którzy popłynęliby Darem Młodzieży dookoła świata, dowiedziałem się ‘’rzutem na taśmę ‘’ jakby to powiedziała moja nauczycielka wfJ, zaledwie kilka dni przed zamknięciem listy zgłoszeń.

Kolega, który wiedział, że lubię podróżować, zaproponował powiedział mi  : ‘’Dawid Ty robisz piękne zdjęcia lubisz podróże, wyzwania, ten konkurs jest dla Ciebie ‘’. Sam się nie zgłosił, ale ja tak.

Musiałem przesłać  zdjęcie związane z tak zwaną małą ojczyzną i zebrać jak największą ilość „lajków”. Pasjonuję się fotografią, więc sięgnąłem do swojego archiwum i wydobyłem stamtąd zdjęcie przedstawiające widok Tuchowa /to moja rodzinna miejscowość /spod krzyża na jednym ze wzgórz. Jedno kliknięcie i wysłałem i… zostałem zakwalifikowany do dalszych etapów

A potem był test wiedzy.

Na podstawie wyznaczonych lektur należało zdobyć podstawową wiedzę na temat historii Polski od I rozbioru do 1918 roku, żeglarstwa i Biblii. Miałem w gimnazjum świetną nauczycielkę historii, również historia w ‘’elektryku ‘’  duża wiedza …. więc z przygotowaniem do testu nie było problemu. Więcej  musiałem posiedzieć nad podstawowymi pojęciami z zakresu żeglarstwa. Pytaniami  z Biblii, które  dotyczyły historii Jonasza.

Uczyłem się, nawet przykro mi to mówić kosztem wf ..ale wyrozumiała Pani profesor zwolniła mnie w ostatnim dniu przed testem z ćwiczeń bym mógł powtórzyć materiał . Śmiała się ze aktywność nadrobię w przygotowaniach do maratonu, półmaratonu w których też międzyczasie startowałem.

Na test pojechałem do Warszawy. Razem ze mną pisało go kilkaset osób z całej Polski. Pilnowano nas solidnie. Po 30 minutach oddałem kartkę z odpowiedziami i popędziłem na dworzec, żeby pociągiem wrócić do domu, do szkoły na lekcje. Po tygodniu przyszła odpowiedź, że się dostałem. Mama omal nie zemdlała, dla mnie to też było duże zaskoczenie. Ogromny sukces dla mnie i promocja dla szkoły- media rozpisały się o sukcesie – nauczyciele, koledzy, koleżanki gratulowali …choć może nie wszyscy szczerze ale cóż dla mnie zaczynała się wtedy prawdziwa przygoda życia .

Musiałem przejść wymagane badania i zrobić odpowiednie szkolenia z zakresu bezpieczeństwa i żeglowania. Odbyły się one  w Gdyni i było naprawdę super. Uczyliśmy się na przykład gasić pożar w maskach tlenowych, pływać w pełnym stroju ochronnym. A ponadto mieliśmy sporo czasu, żeby poznać przyszłych towarzyszy rejsu. To był wspaniały tydzień, nawiązały się przyjaźnie i znajomości, które, mam nadzieję, będą trwać przez całe życie. Zwieńczeniem tego przygotowania było otrzymanie międzynarodowego świadectwa żeglarskiego i książeczki żeglarskiej. Zostałem młodszym marynarzem…  choć ja chłopak z gór nigdy nie marzyłem by być ‘’ żeglarzem , sterem , okrętem ….’’ .

Nie dostałem się na ostatni odcinek rejsu ale razem ze wszystkimi uczestnikami polecę do Panamy na Światowe Dni Młodzieży w 2019 r.

Moja przygoda z rejsem zaczęła się w maju. Wypłynęliśmy  z Kopenhagi do Stavanger w Norwegii, skąd wróciliśmy  do Szczecina na obchody Światowych Dni Morza.

Dar Młodzieży na parę dni był moi domem, na który zamustrowałem się w kopenhaskim porcie. Niesamowite było to, ilu Polaków nas witało i żegnało. Rodacy mogli wejść na pokład i przekonałem się, że świat jest mały, bo podeszła do mnie kobieta i powiedziała „O! Pan z Tuchowa!”. Okazało się, że pani pochodzi z mojego miasta.  A Na statku w Kopenhadze Mszę św. odprawiało dwóch redemptorystów, których spotkałem w Tuchowie, to niesamowite.

Tłumy witały nas  żeglarzy,  także na mecie etapu, to znaczy w norweskim Stavanger. Ludzie wiwatowali, śpiewali, zatańczyli krakowiaka, a my odpowiedzieliśmy  pokładowym polonezem.

Po zejściu na ląd zwiedzaliśmy norweskie miasteczko, w którym nie spodziewałem  się, że mieszka i pracuje aż tylu Polaków. Mieliśmy piękną wycieczkę po norweskich fiordach – Fiordy ??? jadły mi z ręki …jak w tym dowcipie ……

Spotykają się kumple i jeden mówi:
– Wiesz właśnie wróciłem z Norwegii, staaary czego ja tam nie widziałem:
niedźwiedzie, renifery po prostu wszystko…
Drugi mówi:
– A fiordy widziałeś? widziałeś?
A ten na to:
– Staaaary, fiordy to mi z ręki jadły…

Tam w Norwegii byłem jednocześnie w górach i na morzu.  My w Polsce dzielimy swoją ojczyznę na morze lub góry, a w Norwegii wszystko jest naraz. Jak o tym powiedziałem babci, bardzo się dziwiła. Nie mogła uwierzyć! Niezwykłe widoki fiordów zapamiętam do końca życia, choć co prawda, nie jadły mi z ręki.

Pierwszy dzień na pokładzie fregaty miał charakter organizacyjny.  Razem z uczniami praktykantami z techników morskich /oj ich praktyki w porównaniu z naszymi szkolnym to raj na ziemi oni pływają po morzach i oceanach odwiedzając piękne porty a my nie wiele więcej oprócz komputera nie widzimy / zostaliśmy  podzieleni na wachty, czyli grupy, które w odpowiednich przedziałach czasowych wykonywali zlecone zadania na statku.

Pierwsza wachta miała swój dyżur od północy do 4 rano. Druga od 4 do 8, trzecia od 8 do 12. Potem z koi w kubryku zrywała się pierwsza wachta, po niej znowu moja, czyli od 16 do 20. I tak na okrągło.

Wachtowanie nie było łatwe. Budzono nas już o 3.30 na zbiórkę, więc spałem czasem ze trzy godziny, bo wieczorem trochę się pointegrowało z grupą. Bosmański wchodził do kubryku i urządzał nam albo solowy koncert przez tubę albo tłukąc się w patelnię.

Nad każdą wachtą czuwał bosman, który krzyczał, krzyczał i… krzyczał. „Do roboty! Szybciej!”. Nad bosmanem był oficer, a wszyscy podlegaliśmy kapitanowi statku.

Kapitan, czyli szef, jego komendy są najważniejsze, gdyż decydują czy żeglarz spokojnie dopłynie do celu, do brzegu.

Nie miałem pojęcia, że na statku jest tyle pracy. Najciekawszym zajęciem było sterowanie fregatą. Każdy z uczestników rejsu miał zresztą okazję poznać morską robotę w różnych miejscach okrętu, w kuchni, pod pokładem i na pokładzie, a także na masztach.

Dar Młodzieży to trójmasztowiec. Każda z wacht miała przydzielony jeden maszt i wiszące na nim żagle. Moja wachta opiekowała się masztem środkowym. Na maszcie było pięć żagli rejowych. Nazwę każdego żagla trzeba było znać na pamięć. W sumie na statku było 26 żagli.

Na naszym maszcie znajdowały się grot, marsel dolny, marsel górny, bram i bom bram. Ale są jeszcze na dziobie statku i pomiędzy masztami żagle trójkątne, którymi też trzeba było się opiekować

A te białe żagle ..piękne na tle błękitu morza jak w pięknej szancie jak piękna kobieta w białej sukience  / szanty to piosenki żeglarzy , piękne oj pośpiewaliśmy w trakcie trochę /

Czasami, gdy mam chandrę i jestem sam,
Kieruję wzrok za okno, wysoko tam,
Gdzie nad dachami domów i w noc, i dniem,
Nadpływa kołysząca, …marzeniem, …snem.

I ona taka w tej białej sukience,
Jak piękny ptak, który zapiera w piersi dech.
Chwyciłem mocno jej obie ręce
Oczarowany, zasłuchany w słodki śmiech.

I cała w żaglach, jak w białej sukience,
Jak piękny ptak, który zapiera w piersi dech.
Chwyciłem mocno ster w obie ręce
I żeglowałem zasłuchany w fali śpiew.

Wspomnienia przemijają, a w sercu żal,
Wciąż w łajbę się przemienia dziewczęcy czar.
Jeżeli mi nie wierzysz, to gnaj co tchu,
Tam z kei możesz ujrzeć coś z mego snu.

I cała w żaglach, jak w białej sukience,
Jak piękny ptak, który zapiera w piersi dech.
Chwyciłem mocno ster w obie ręce
I żeglowałem zasłuchany w fali śpiew.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zobaczę ją,
Czy tylko w moich myślach jej oczy lśnią?
Gdy pochylona, ostro do wiatru szła…
Znowu się przeplatają obrazy dwa:

I ona taka w tej białej sukience,
Jak piękny ptak, który zapiera w piersi dech.
Chwyciłem mocno jej obie ręce
Oczarowany, zasłuchany w słodki śmiech.

Oj rozmarzyłem się a tu nagle był alarm !!

Alarm „do żagli!” był ogłaszany półgodziny przed akcją ich stawiania, więc był czas na przygotowanie się.

Jak to wygląda? Mniej więcej tak…

Wszyscy szybko biegną na pokład, ubierają szelki, czyli specjalną uprząż bezpieczeństwa, i stawiają się gotowi do roboty. Każdy pod swoim masztem. Oficer przydziela zadania.

Na jedną platformę wspina się kilka osób. Zluzowują żagiel, który opada jak firanka w oknie. Na dole dwie 10-osobowe grupy siłaczy trzymają w pogotowiu liny do naciągania płótna.

Na znak bosmana biegną w przeciwnych kierunkach i żagiel nadyma się wiatrem. – Skórę na dłoniach mieliśmy zdartą od mocnego ciągnięcia liny.

Żagle trzeba też zwijać lub przekładać w zależności od kierunku wiatru, a służą do tego liny inne niż do naciągania. Należało je więc dobrze poznać i wiedzieć do czego służą.

Około 10 minut potrzeba na postawienie jednego żagla, ponad godzinę, żeby postawić wszystkie.

– Po postawieniu pierwszego żagla bolą ręce. Po drugim nie czuć już ramion. A przy kolejnych… zapomina się o tym, że nie mamy już siły .

Codziennie inna z wacht miała wachtę dobową, kiedy należało zadbać o różne pomieszczenia na statku i wykonać zlecone prace.

A było tez szorowanie waterwejsów, czyli rynny biegnącej wokół całego pokładu, do której dostawały się różne brudy. Oj, szorowaliśmy te waterwejsy! – w. Podobnie jak elementy z mosiądzu, których na statku jest mnóstwo. Wilgotne powietrze, słona woda bardzo szybko powodują utlenianie stopu, więc trzeba wszystko, co z mosiądzu, konserwować i polerować. Codziennie.

Szlifowaliśmy,  też poręcze na statku, lakierowaliśmy je, żeby pięknie wyglądały przy wejściu do portu. A trzeba było się pilnować, bo starszy bosman wciąż wypatrywał niedociągnięć. Czapka z daszkiem przekręcona do tyłu – kara. W klapkach na pokładzie – kara. Jaka? Na przykład 2 godziny dodatkowej pracy.

Kiedyś kolega wyszedł malować maszt i miał na szyi wiaderko z farbą. Wiatr zawiał, wiaderkiem potrząsnęło i nagle na pokład spadł deszczyk farby. Szybko zaczęliśmy ścierać farbę, żeby starszy bosman nie zauważył, bo byśmy nie prędko zeszli z pokładu .

Poza tym nie rozstawaliśmy się ze szczotką, mopem, szarym mydłem, cifem i ludwikiem, którymi myliśmy pokład i inne pomieszczenia statku łącznie z toaletami.

Uffff, na całe moje szczęście nie trafiłem do kuchni.  Tam była ciężka praca, nie musiałem też  obierać ziemniaków. A działo się to podczas pierwszej wachty, nocą, kiedy reszta załogi śpi. W holu pod pokładem, zwanym Placem Kaszubskim, rozkładano stary żagiel i wysypywano kilka worków ziemniaków, które w ciszy obierano na obiad – ale miałem szczęście, że tam nie trawiłem.

Choć jedzenie było… wykwintne. Więc kurczak po hawajsku, kołduny białostockie. Łosoś. Pełne słoiki nutelli i stockfishe…

Na statku żyje się inaczej …w ciasnej w sumie przestrzeni, małe kajuty,  w stosunkowo małym gronie, bez dostępu do internetu, telefonów, wówczas zaczyna być jak dawniej, bez  telefonu, internetu …okazuje się że da się żyć.

To znaczy, rozmawialiśmy  ze sobą, śmialiśmy  się, śpiewaliśmy, było zupełnie normalnie .

Najbardziej zachwyciło mnie morze kiedy dopłynęliśmy do Stavanger. Trwał polarny dzień. Słońce zachodziło około 23. A kiedy wstawaliśmy, było już jasno. Nigdy też nie widziałem flauty, czyli morza bez wiatru, zupełnie płaskiego. Było też czasem tak zupełnie szaro, że nie widziało się granicy między powietrzem i wodą, byliśmy  zamknięci w jakiejś pustej przestrzeni to było niesamowite.

Niezwykłe było obserwowanie morza ze szczytu masztu, na który wchodziło się po pionowej drabinie. Z góry statek malał, ludzie stawali się mrówkami pracującymi na dole. Wokół tylko morze i statki, które nas mijały, ogromne tankowce i mniejsze. Byłem na szczycie także o zachodzie słońca. Czerwone niebo, a w dole woda i tylko my sami…. niesamowity widok. Wiatr nam nie sprzyjał, minusem była pogoda, piękna pogoda ale …zła dla żeglarzy bo bezwietrzna. Mocne słońce, woda jak lustro, czasem bez jednej choćby zmarszczki. Ale przed samym Stavanger wzmógł się wiatr, było ponad 6 stopni Beauforta. Mocno kołysało, dziób wznosił się o kilka metrów w górę i opadał głucho w wodę. Trudno było donieść zupę do stołu.Przy wchodzeniu lub schodzeniu ze schodów czuło się najpierw lekkim jak piórko, a później jak ciężkie słonie, kiedy statek opadał w morze.

Czas na statku minął bardzo szybko, za szybko na statku czułem się dobrze, gorzej było po zejściu na ląd, bo wciąż pode mną i w mojej głowie falowało morze ….oj i długo będzie falowało wspomnieniami, to co zobaczyłem, przeżyłem jest bezcenne.

I nastąpił powrót do rzeczywistości, do szkoły, domu, rodziny .

Ale spotkała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka, wylot do Rzymu.

12 laureatów zobaczyło  się z papieżem Franciszkiem na specjalnej audiencji. Miałem  wówczas pisać egzamin zawodowy, ale przełożyłem go na następny rok, bo taka okazja jak ta, żeby pojechać na spotkanie z papieżem, już się nie zdarzy. A za rok przystąpię do egzaminu.

Na początku lipca jadę też na obóz ekonomiczny do Bułgarii, a pod koniec pierwszego miesiąca wakacji jadę do Grenady na europejskie spotkanie młodych organizowane przez redemptorystów. Marzyłem o podróżowaniu. Teraz marzenia się spełniają.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali…nauczycielom za wyrozumiałość w nieobecnościach w szkole, Panu Markowi Ryglewiczowi wraz ze Stowarzyszeniem Sądecki Elektryk za wielkie wsparcie. Szczególnie chciałbym podziękować Pani Monice Wójcik i Pani Ewie Bereś, które od początku mnie wspierały i motywowały w moich wyborach. Jestem wam bardzo wdzięczny.

Dawid Sobarnia – Żeglarz